Zofia CholewinskaPani Zofia - pielęgniarka, bliska znajoma, uczennica i współpracownica Hanny Chrzanowskiej. Była blisko Boga, by potem od Niego odejść, a następnie, za wstawiennictwem sł. B. Hanny Chrzanowskiej doznać cudu uzdrowienia i powrócić do Kościoła i głębokiej wiary w Boga i jego niezmierzone miłosierdzie! Uzdrowienie Pani Zofii zostało uznane za cud, dokonany za wstawiennictwem sł. B. Hanny Chrzanowskiej i włączone do akt procesu beatyfikacyjnego Hanny Chrzanowskiej. U Pani Zofii wykryto nieoperacyjny naczyniak tętniczo-żylny mózgu. Przez 6 tygodni leżała nieprzytomna na oddziale szpitalnym. Przyjaciele zamówili w jej intencji Mszę św. w kościele św. Marka w Krakowie, a po niej modlili się jeszcze na adoracji Najświętszego Sakramentu. Modlitwy o uzdrowienie zanoszono za wstawiennictwem sł. B. Hanny Chrzanowskiej. Wkrótce po tym chora odzyskała przytomność, a następnie przystąpiła do sakramentów świętych. W niewytłumaczalny dla lekarzy sposób powróciła do pełni zdrowia fizycznego, ale także dostąpiła duchowego uzdrowienia. Poniżej cytujemy pełny wywiad z panią Zofią, jaki przeprowadzili z nią w 2009 r. klerycy paulińscy z Krakowa:

Vox Eremi. Periodyk Kleryków Paulińskich
59(2009), nr 27(201), s. 11-21.

Na kartach Biblii daje się niekiedy zauważyć kogoś takiego jak sługę lub grupę sług. Oni to, jak liny utrzymujące pionowo słupy namiotu cyrkowego, mają za zadanie być rękoma proroka lub męża Bożego. Choćby plan Boży, który jest przerastającym nas cudem, może ziścić się w inny sposób, to jednak Bóg zechciał poczekać na niewspółmierny do samego cudu współudział człowieka. Współudział, który jest prostą czynnością, zwykłą odpowiedzią angażującą człowieka, która staje się szansą dla niego samego...

Z Ewangelii według świętego Jana: „A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie Wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego (...) Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej i uwierzyli w Niego Jego uczniowie”.

Wiele dróg prowadzi do Boga. Jeżeli chodzi O nas, to obok własnego doświadczenia życia, pod wielką tajemnicę obecności Bożej, podprowadza nas posługiwanie tym, do których w sposób jak najbardziej zwyczajny pośle nas Pan, choć i to bywa całkiem przypadkowo (tymczasem przypadki zdarzają się tylko w gramatyce!).

Na tej drodze było nam dane spotkać, zresztą jak kilku starszym pokoleniom paulinów, panią Zofię […]. Nie sposób jest oddać atmosfery przebywania przy tej osobie, bo ma ona to coś... Nazywamy ją Babcią Zosią. Dlaczego? Przeczytajcie wywiad, który przeprowadziliśmy z Nią którejś niedzieli...

Przez ten dom przechodziło bardzo dożo ludzi. Tutaj musiało być „swojsko”...

Do dzisiaj mam z nimi kontakt.

Tak?

No pewnie, że nie z całą klasą, nie z całą czterdziestką, ale jak był zjazd na 25-lecie, to był ich prawie cały komplet. I też wszystkie przyszły tutaj.

Wszystkie pracują w swoim zawodzie tutaj w Krakowie?

W większości. Jedna nawet przyjechała z Niemiec.

To znaczy pracuje w Niemczech?

Tak, teraz tam pracuje. Posłuchajcie Bracia: na szczęście ja je nazywałam jako swoje dzieci. Z resztą tak je nazywam do dzisiaj. To były takie moje dzieci. Fakt to była też wyjątkowa klasa.

Ja muszę Babcię przed czymś ostrzec. Dzisiaj miał odczyt Kard. Dziwisz, w którym poinformował, że rozpoczął się proces beatyfikacyjny jednego z karmelitów z Czernej. Umarł w opinii świętości i jego współbracia stwierdzili, że nie ma co dłużej czekać by wynieść go na ołtarze. Więc jak Babcia odejdzie sobie do Pana, to niech się Babcia spodziewa, że będzie kolejny święty krakowski!

Trochę jest krakowskich Świętych. Jest to chyba wspaniałe.

Nigdy świętych za wiele...

Ja myślę, Bracia, że jak jest ciężko, to się wtedy rodzą wielcy święci. Ja myślę, że to jest takie porównanie. To dla równowagi Pan daje świętych. Jeśli są jakieś trudności i kłopoty to Pan Bóg daje jednocześnie wielkich świętych. Okres komuny, to był czas wielkich świętych. Dzisiaj na kazaniu ksiądz mówił o nadziei i wspomniał o księdzu Tischnerze, a to był wielki człowiek.

Jak to się stało, że Babcia potrzebuje naszej posługi?

To muszę wam powiedzieć, że ja wcale nie byłam tak biedna... i chyba to napisała pani Florkowska w książce o ojcu Piotrze... trochę się wzdrygałam, aby to ujawnić... „Od krwi przelanej wybaw nas Panie”. Pamiętacie ten psalm? Jest to mój ukochany psalm. I rzeczywiście mam na sobie krew przelaną; nie fizycznie, ale zdaję sobie sprawę, że przelałam ją duchowo. Wtedy nie zdawałam sobie zupełnie z tego sprawy, że odchodząc z instytutu stwierdziłam, co mówiłam do Piotra [o. Piotr Rostworowski, w tym czasie był benedyktynem w Tyńcu, ojcem duchownym pani Zofii - przyp. red.], że to jest moja sprawa, między mną a Panem Bogiem, że po prostu nic nikomu do tego... Byłam głupia oraz szalenie dumna i pyszna, bo jak taka mogłam powiedzieć, ze nic nikomu do tego, przecież... Mam powiedzieć o instytucie?

Tak, pewnie, że tak.

Kiedyś należałam do instytutu świeckiego. I myślę, że to był gwóźdź do trumny, bo to nie była moja droga. Ale zrobiłam jedno głupstwo, że odchodząc z instytutu, odeszłam od Pana Boga.

A co to był za instytut?

To był instytut świecki, taki, jakie dzisiaj mamy. Tylko, że wtedy były one w ukryciu. To była tajemnica. Nikt o nich nie mówił nigdy i nigdzie.

Dlatego, że państwo prześladowało?

Tak, ja też siedziałam. Była u mnie rewizja. To było z powodu moich kontaktów z instytutem. I zamknęli mnie. Teraz rozumiem co to są przesłuchania i takie inne rzeczy. Nie pamiętam co się działo, gdy wróciłam do domu. Mój dom to był raczej dom wesoły.

Bardzo dużo osób przechodziło do Babci domu?

Mną musiał się ktoś interesować. Domyślam się nawet kto. Ale zostawmy to. To już sprawa tego człowieka.

Babcia mówiła, że odeszła od Pana Boga...

Na mój powrót do Pana Boga potrzeba było długich kilku lat. Ojciec Piotr był mi zawsze wierny, miał stały kontakt ze mną. Dzisiaj Przemek powiedział mi takie zdanie: Czekaj tatko latka. A to były dosłowne słowa z listu o. Piotra skierowane do mnie, gdy odchodziłam… Od tej pory na mszę św. chodziłam z dwóch powodów: z powodu Cioteczki [Sługa Boża Hanna Chrzanowska, pielęgniarka; pani Zofia w dalszej części wyjaśnia kim ona była - przyp. red.], kiedy była w jej intencji Msza św. oraz kiedy była Msza za mojego zmarłego męża. Tylko z tych dwóch powodów chodziłam do kościoła. Radykalna w tym byłam i głupia zarazem. W pewnym momencie gdy szłam na cmentarz, uświadomiłam sobie, że nie pamiętam „Ojcze nasz” i przeraziłam się. Pan Bóg mi dawał sygnały po drodze, żebym była gotowa, ale ja zrozumiałam że trzeba pozałatwiać sprawy ziemskie a nie sprawy Pana Boga. I wtedy na cmentarzu, w miejscu - jak pamiętam naprzeciw kościółka - próbowałam przypomnieć sobie modlitwę „Ojcze nasz”. Nie mogłam, tymczasem przypomniałam sobie tylko werset z psalmu: „z głębokości wołam do Ciebie, Panie” i nic więcej. Tak poszłam do Cioteczki [Hanny Chrzanowskiej] na grób i zaczęłam tam krzyczeć, głośno krzyczeć: Cioteczko zrób coś, abym ja pogodziła się z Panem Bogiem... i właściwie na tym się skończyło.

Wtedy właśnie się rozpoczęło!

Pan Bóg kazał mi jeszcze czekać. Ja wiem... to było chyba jeszcze ze dwa, trzy lata. Rzeczywiście Pan Bóg zrobił swoje. Powalił mnie. Dosłownie mnie powalił. Na szczęście była przy mnie uczennica, ksiądz udzielił mi naszczenia chorych. I wtedy wszystko się zaczęło dlatego, że przerobiłam... Sześć tygodni byłam nieprzytomna. Były wtedy dwa światy. Jeden tutaj z ciałem, drugi ten, który ja przeżywałam. Mam wam o tym opowiedzieć?

Prosimy

Prawdą jest, że ludzie modlą się przy konających. Człowiek w obliczu zbliżającej się śmierci widzi swoje życie. Ja nie widziałam tego co dobrze robiłam, bo ja chyba nic dobrego nie robiłam. Wszystko robiłam, bez odniesienia do Pana Boga. Zatem jaka to zasługa? To tylko zaspokojenie własnych pragnień i koniec. Wtedy właśnie podczas mojej nieprzytomności Pan Bóg pozwolił mi fakt po fakcie „przerobić” wszystko to, co źle robiłam, choć wtedy zdawało mi się, że jest wszystko w porządku. Przez sześć tygodni byłam nieprzytomna. Nikt z lekarzy nie dawał mi szans, że będę żyła.

Ale co to było?

To był pęknięty tętniak mózgu. Ja miałam zalany cały mózg. Wtedy zrozumiałam, że Pan Bóg jest miłosierny i łaskawy, że dał mi cierpienie. W tych dniach zrozumiałam, że muszę podziękować za cierpienie. W momencie kiedy zrozumiałam, że Pan Bóg jest bardzo kochający. Doświadczyłam tego, że Pan Bóg to wielka miłość. Czułam jak otaczała mnie jedna wielka miłość. I było mi bardzo dobrze. Gdy godziłam się z Panem, to było mi bardzo dobrze. Zobaczyłam Go na krzyżu, zobaczyłam Matkę Boską pod krzyżem, zobaczyłam czyściec. Tzn. zrozumiałam, co to jest czyściec. Nie tyle widziałam czyściec, co zrozumiałam, że to jest wielka tęsknota za Panem Bogiem. Świadomość miłości, miłości, która jest już tuż, tuż, tuż, a nie można jej osiągnąć. I dlatego jest taką straszną tęsknota, dlatego teraz właśnie tak tęsknię, wyję... bo wiem, że Bóg jest łaskawy jest miłosierny i mogę liczyć tylko na Jego miłosierdzie. To było jeszcze takie zawodowe przeżycie związane z ukrzyżowaniem Pana Jezusa i z Matką Bożą stojącą pod krzyżem.

Dlaczego „zawodowe"?

Dlatego, że mi się skojarzyła jeszcze jedna zawodowa myśl, a mianowicie, jeżeli ciało umiera, to puszczają wszystkie zwieracze. Pan Jezus był tak strasznie upodlony a Matka Boża była naprawdę Mater Dolorosa. Ona przeżyła największe cierpienie, jakie może człowiek przeżyć, widząc swoje ukochane dziecko tak sponiewierane. Pan Jezus musiał tak koszmarnie wyglądać. Dla Niej ten widok musiał być dodatkowym cierpieniem. Ukochane Ciało tak strasznie poniżone. Wtedy coś we mnie drgnęło i powiedziałam: Panie Jezu jeżeli chcesz, żebym została na ziemi, jeżeli mnie nie zabierzesz, to błagam napraw to co ja złego zrobiłam. Wtedy ja będę tęskniła za Tobą do końca świata. Jeżeli chcesz, abym tu wróciła, to bądź wola Twoja. Miałam świadomość, że to będzie powrót z cierpieniem. Zaczęłam Panu Bogu dziękować. I wtedy odzyskałam przytomność, przyszedł lekarz i powiedziałam: panie doktorze, będzie wszystko dobrze. A on mówi: skąd pani to wie? Mówię: po prostu wiem, że będzie wszystko dobrze. W błyskawiczny sposób wracałam do zdrowia. Lekarze uważali, że ja w ogóle nie przeżyję, nie było mowy o tym, że będę w ogóle chodziła, miałam paraliż. Jednak w błyskawicznym tempie wracałam do zdrowia. Za trzy miesiące byłam już w domu i byłam na nogach. Jak potem poszłam do neurochirurga, który mnie pierwszy widział. Na szczęście mnie nie operowali, zostawili mnie w spokoju, uważali, że trupa nie będą operowali. Powiedzieli lekarze mojej kuzynce: po co ją zabierasz, ona ci umrze w drodze. Ona mnie zabrała, aby miała bliżej, by nie musiała tak daleko chodzić. Trup szczęśliwie dojechał, trup przeżył. Gdy poszłam do neurochirurga, który mnie prowadził, i wchodząc do jego gabinetu przedstawiam mu się, a on z wrażenia robi krok do tyłu. Więc mówię, że to ja jestem. To pani! - lekarz był bardzo zmieszany. Kochani. Pan Bóg jest naprawdę bardzo miłosierny. Bóg dawał mi znaki. Ja powinnam już kilka razy nie żyć. Kiedyś odpadłam od skały, było to z mojej własnej winy, po prostu zbagatelizowałam Tatry. A potem jeszcze różne miałam historie. Kiedyś wpadłam pod tramwaj, zatrzymał się właściwie na moim ciele, straciłam przytomność. Za ten wypadek zapłaciłam nawet mandat 100 złotych, świadkowie zdarzenia mało co by mnie zlinczowali, bo uważali, że jestem samobójczyni. Lekarz neurolog powiedział mi, że łamanie rąk i nóg to jeszcze nic, ale tramwaj to już za dużo - robimy badania. I okazało się, że mam tętniaka nieoperacyjnego. A ja zaczęłam mu wtedy bardzo dziękować: Panie doktorze, ja bardzo dziękuję. A on: czy Pani zwariowała, czy Pani nie wie co to jest tętniak nieoperacyjny w mózgu? Odpowiedziałam, że wiem, co więcej nie będę musiała zapłacić mandatu, gdy się dostanę pod tramwaj następnym razem. Drugi raz już nie wpadłam pod tramwaj. I jak widzicie, nie jestem sparaliżowana i żyję już dziewiąty rok.

Jak to się stało Babciu, że wy przychodzicie do mnie?

Ja bardzo pragnęłam Pana Jezusa jak leżałam na oddziale. Tam miałam to szczęście, że codziennie przychodził ksiądz z Komunią świętą. Byłam bardzo szczęśliwa. A kiedy wróciłam do domu, zobaczyłam że już będę bez Pana Jezusa w Komunii Świętej. Prosiłam wtedy moją uczennicę: zrób coś, abym ja miała Pana Jezusa, Komunią Świętą. I ona pomyślała, że pójdzie do waszego klasztoru. Zadzwoniła na furtę z prośbą, aby ktoś przyniósł Pana Jezusa. I od tego czasu przychodzicie do mnie z Komunią Świętą. To wszystko zaczęło się dziewięć lat temu.

To jest tak jakby szczęśliwy uśmiech na Boga, bo przecież Babcia rozpoczynała tutaj z Karolem Wojtyłą chodzenie do chorych. To coś wspaniałego.

Ja wtedy byłam jeszcze bardzo praktykująca. Jak zaczynałam z Karolem - przepraszam - z naszym Wielkim Świętym. On był takim sobie księdzem, jak to mówiła moja Cioteczka.

W którym to było roku?

Dosłownie 1955 rok. Chodziłam do chorych, jako pielęgniarka. To był a podwójna moja praca: praca w szkole i praca przy łóżku chorego. I kiedyś jedna z chorych poprosiła mnie o księdza. I dziwnie, że ja poznałam jako pierwszy kościół Mariacki. I poszłam do tego kościoła. Gdy weszłam akurat Mszę Świętą odprawiał ks. Wojtyła. Choć byłam bardzo nieśmiała, poszłam do tego księdza do zakrystii i pytam: czy nie poszedłby ksiądz do chorej? Ależ oczywiście. No i tak zaczęło się chodzenie do chorych. Potem chodził już sam do tych chorych. Owych chorych było coraz więcej, a on coraz więcej chodził. I wreszcie zapytał mnie: a skąd ty masz tylu chorych. Opowiedziałam więc skąd mam tych chorych i powiedziałam, że jeszcze pracuję w szkole.

Chodzenie do chorych było znane

To chodzenie do chorych rozpoczęła moja cioteczka sługa Boża Hanna Chrzanowska. Sądzę, że już niedługo będzie błogosławiona. Ona była pielęgniarką, pracowała w szkole. W tamtych czasach trzeba było uważać, kogo się bierze do swojej pracy. A myśmy się już znały ze szkoły. Ona była moja wykładowczynią. Cioteczka mnie zapytała czy nie chciałabym pracować w tzw. pielęgniarstwie domowym. My byłyśmy jedne na cały Kraków. Karol zaprosił nas na Kanoniczą na spotkanie. To były jakby początki duszpasterstwa zawodowego. I tak zaczęły się spotkania u mnie w domu.

Na czym polegały te spotkania?

To były różne spotkania. Wspominają o nich moje dawne uczennice. Związane to było z uroczystościami, opłatkiem i innymi świętami. Przypominam sobie, w związku z tymi spotkaniami popełniłam pewną dziwną nieostrożność. Jedna z uczennic bardzo pięknie malowała i ja jej powiedziałam: wiesz co, weź i przygotuj takie malutkie zawiadomienia, że mamy spotkania. Ta uczennica pochwaliła się o tym pewnej osobie, a ta doniosła o tym do szkoły, że u mnie odbywają się nielegalne zebrania. Dyrektorka wezwała mnie i mówi, że ma na mnie donos. Pyta: co u ciebie się dzieje. Ja nawet domyślam się kto donosił. W tej sytuacji cioteczka mówi: to zmień szkołę. Obydwie nie wiedziałyśmy, że praca położnej i praca pielęgniarek to dwa różne zawody, mimo, że są podobne. To jest także inna mentalność. Pielęgniarki uczą się z myślą o cierpieniu, że trzeba pomóc choremu, że trzeba nauczyć się z cierpieniem żyć. Natomiast położne uważają, że cierpienie to jest radość, bo rodzi się z tego dziecko. Ja wtedy powiedziałam: cioteczko to jest zupełnie inna szkoła. Myślę jednak, że Pan Bóg chciał, abym ja poszła do tej innej szkoły. W międzyczasie zaczęła się taka masowa aborcja. Jedna ze słuchaczek doniosła nam, że trzeba coś z tym zrobić. I wtedy nasz Święty zaczął prowadzić szkolenia przygotowujące do małżeństwa, takie nauki przedmałżeńskie. To była zupełnie nowa rzeczywistość. To jest zasługa tylko i wyłącznie naszego Karola. W między czasie cioteczka chciała aby rozszerzyć pielęgniarstwo parafialne. I nie mogła tego załatwić. Nikt nie chciał dać osoby do pracy. Myśmy się borykały w szkole, aż w pewnym momencie powiedziałam, że ja już nie daję rady, uczennice się skarżą, to jest już niemożliwe. Coś z tym trzeba zrobić. Cioteczka mówi mi: ty znasz takiego księdza, umów mnie z nim. I spotkali się. On nas zaprowadził do księdza Machaya. To był infułat przy kościele mariackim. On zrozumiał, że chodzi tutaj o naprawdę wielką rzecz. Dał pierwsze pieniądze. Dostaliśmy pierwszą pielęgniarkę. Z tym wiązała się wielka radość z posługi. Chorzy byli dla nas. Chorzy byli naszymi panami. Ja wtedy nie rozumiałam, że chory to Chrystus, za co teraz Pan Boga bardzo przepraszam.

Babcia mówiła o zawodzie pielęgniarki, że pomaga znosić cierpienie, spotyka się z człowiekiem cierpiącym.

Człowiek cierpiący daje nam więcej niż my jemu.

Jakie potrzeby Babcia czuła idąc do chorych?

Wszystkie, począwszy od posługi fizycznej: umycie, nakarmienie. Wtedy nie było nikogo z opieki społecznej. Pamiętam kiedyś dostałam adres, było to za kościołem św. Floriana. I właściwie zapach mnie kierował do tej chorej, a nie adres. Już daleko było czuć jak ona pachnie. Ta osoba była sparaliżowana całkowicie, miała SM, leżała na tapczanie. Tylko raz w tygodniu przyjeżdżała do niej siostra z Katowic. Ta chora leżała więc przez cały dzień sama. Możecie sobie wyobrazić jak ona musiała wyglądać. Na podłodze stało wiadro z zimną wodą, a ona miała szlauch do tego wiadra, żeby mogła pić. Jeśli jej ten wąż wypadł, to nawet pić nie mogła. Ja gdy weszłam do tego mieszkania, mówię sobie: Boże. Chciałam dać jej coś zjeść, pić, ale nic nie miała. Wróciłam się by kupić. To był bodajże 56’ rok, trudno było cokolwiek kupić. Ja z uczennicami chodziłam do niej raz dziennie. Przewijaliśmy, karmiliśmy, robiłyśmy wszytko co trzeba było. Potem jeszcze załatwiałam posługę księdza.

Jak to wyglądało, czego chory oczekiwał od księdza?

Sama już obecność drugiej osoby jest dla chorego szalenie ważna. Nawet jeżeli choremu już nic nie można to może mu pomóc obecność przy nim. Dać w tej sposób choremu nadzieję, że nie są sami, że nie są samotni. Cioteczka bardzo przestrzegała, żeby absolutnie nie zawieść chorego. Żeby po prostu zawsze być. Chory to jakby święty i trzeba przy nim być. Gdy byłam u tej chorej to spotkałam pewna grupę studentów jezuickich. I ja ich wtedy zawołałam i mówię: błagam was, musicie jeszcze przynajmniej dwa razy dziennie przychodzić do tej chorej żeby dać jej jeść, a my już zrobimy wszystko inne co trzeba. A wy dajcie jej tylko jeść. I tak się zaczęło pierwsze chodzenie studentów do chorych. Z niektórymi osobami z tamtej grupy mam do dziś kontakt.

Czego chory oczekiwał od kapłana?

Przede wszystkim Pana Jezusa, posługi spowiedzi i zwyczajnej obecności przy chorym, porozmawiania z nim.

Co według Babci przeszkadza w kontakcie kapłana z chorym? Co Babcia zdążyła zauważyć? Sztuczny dystans...?

Przyznam, że ja nie miałam złych kontaktów, bo Karol, to wiadomo, to był człowiek święty. On kochał chorych. Myślę, że już wtedy rozpoczęła się jego ogromna miłość do chorych, których wówczas miał dużo.

A jak Babcia widzi kapłana?

Tak jak teraz, tak jak wy przychodzicie do mnie. Jesteście niezawodni, bo zawsze jesteście. Bardzo pięknie się modlicie, ja bardzo cenię sobie wspólną modlitwę z wami.

Kiedy Babcia opowiadała o tym, jak odchodziła od Pana Boga, to o Piotr Rostworowski, kierownik duchowy zawsze był przy Babci, nie odpuścił.

Tak, on mnie nigdy nie opuścił.

Tzn. on pierwszy się odzywał?

Tak. Zawsze jak ja się nie odzywałam, to on się odzywał. Nigdy nie było, żeby on nie odpowiedział na mój list. Ja pisałam do niego tzw. „głupie” listy. Ja to tak nazywałam, że piszę „głupi” list. I zawsze odpowiedział. Zawsze był punktualny, przyjeżdżał do mnie z drugiego krańca świata. Zawsze towarzyszył, obojętnie, co ja robiłam i jak grzeszyłam. On był. Mogłam na niego zawsze liczyć, tak jak teraz na was mogę polegać.

Z tego co Babcia opowiedziała, o owej obecności przy drugim człowieku, zauważam, że Babcia także towarzyszyła swoim uczennicom.

Starałam się być z nimi. Różne rzeczy razem się przechodziło. A potem gdy ja byłam chora, byłam nieprzytomna, to one wręcz warowały przy mnie. Cały czas były obecne. Później nazywałam je moje dzieci. Gdy sąsiedzi pytali mnie ile mam dzieci, to mówiłam że nie wiem ile ich mam. Teraz na dniach ma do mnie przyjechać jedno z moich dzieci. Poza tym, gdy pracowałam w instytucie pediatrii, tam także „rodziły się” moje dzieci. Po pracy chodziłam do nich do domu. Jedno z moich dzieci, poszło w moje ślady. Jest rehabilitantem. To bardzo, dobry, boży człowiek. Ostatnio dzwonił z Francji, mówi, że przyjeżdża na święta do Polski i może do mnie wpaść. To jest wielka radość dla mnie.

Ewangelia mówi, że kto opuści swój dom, rodziców, braci stokroć tyle otrzyma. Z tego co Babia mówi to w rzeczywistości tak jest.

Jest tak autentycznie. Ale to zobaczycie dopiero pod koniec życia. A ja miałam jeszcze to szczęści, a może i nieszczęście. Bo nieszczęściem było to, że opuściłam Pana, a szczęściem, że mogłam potem doznać wielkiej radości. Bo te moje dzieci warowały, przychodziły do mnie. Posługiwały mi mimo wszystko. Poza nimi nie mam nikogo.

To ogromna radość mieć takie dzieci

Tak. Ale jednocześnie mam świadomość, że to nic takiego nie było. Ja realizowałam tylko jakieś swoje potrzeby. Gdyby to było wszystko jakoś bardziej z Panem robione, to byłoby bardziej poważniejsze. Wy macie tą świadomość. Tak naprawdę, to ja zmarnowałam swoje życie i łaski jakie Pan mi dawał.

Jak to Babcia rozumie, że zmarnowała życie?

Dlatego, że odeszłam od Pana i przez to zmarnowałam. Przecież Pan na mnie zawsze czekał. Dlatego Piotr mi pisał: czekaj trochę, jak Pan Bóg tyle czekał, to ty teraz możesz czekać. Myślę, że Pan Bóg dlatego mnie nie zabrał, abym to zrozumiała.

Widzę, że Babcia bardzo świadomie rozumie swoje życie i nosi w sobie pokój.

To Pan daje mi tę łaskę. Ja dopiero teraz widzę iloma łaskami Bóg mnie obdarzał. To jest nieprawdopodobne jak Bóg jest miłosierny. Jedna z największych łask jakie mi Bóg daje to jesteście wy. Za to też zawsze Bogu i wam dziękuje. Dziękuję Bogu za was

Dla nas to także jest ogromna łaska że możemy tutaj przychodzić. My też przychodzimy tak trochę egoistycznie, by się uczyć od Babci szukania Pana Boga.

Mi teraz to jest tak naprawdę wstyd. Najtrudniej to jest przebaczyć sobie. Przez 37 lat byłam daleko od Boga. To nic dziwnego, że w końcu zapomniałam Ojcze nasz.

Babcia zatem ostrzega, że można być bardzo aktywnym, można jednocześnie wszystko...

Zaprzepaścić. Ja wiem, że wtedy tak naprawdę nic dobrego w życiu nie zrobiłam. Miałam puste ręce.

W czym Babcia upatruje źródło swojego odejścia od Boga? Babcia była bardzo aktywna i w pewnym momencie odchodzi od Boga?

To się wiele rzeczy na to złożyło. Nasze życie przebiega na dwóch szynach. Nie można, na jednej, bo się będzie „kolebało”. Pociąg jedzie równo, ale na dwóch szynach. Ja źle zrozumiałam wolę Bożą. Trafiłam jakby na jedna szynę. A był to mój ukochany zawód; było to co robiłam, coś co bardzo kochałam. Dlatego mówię, że ja nic nie robiłam, to była moja potrzeba. Natomiast to, że trafiłam do instytutu, to nie była moja droga. Ja się dlatego „kolebałam”. Źle się „wykolebałam”, bo odchodząc z instytutu, jednocześnie odeszłam od Pana Boga. Najpierw nie chciałam odejść, bo były prześladowania i myślałam, że tylko szczury uciekają z tonącego okrętu. W końcu zrozumiałam, że to nie jest moja droga i powiedziałam o. Piotrowi: ojcze, ja odchodzę. A on: E, dziecko jesteś, nie przemyślałaś. Nie, ojcze, ja odchodzę. Poprosiłam o zwolnienie. Na szczęście nie złożyłam ślubów wieczystych. O. Piotr mówił: Zobaczysz, ty jeszcze tutaj wrócisz… Jednak ja nie wróciłam. Życie potoczyło się zupełnie inaczej. Dzisiaj usiłuję sobie przebaczyć i dziękować Panu za życie, które mi dał.

Jak Babcia chciała by przestrzec innych od odejścia od Boga?

Myślę, że wszystko można zrobić, byle nie odejść od Boga. Wszystkim można jakby zgrzeszyć, byleby nie odejść od sakramentów, byle nie odejść od Pana Jezusa. Dlatego mówię, że to było moje największe sprzeniewierzenie się w życiu. Największy mój grzech. Właśnie ta krew przelana. Bo ja jednocześnie byłam zgorszeniem. Teraz dopiero zrozumiałam jak wielkim byłam zgorszeniem.

Jak to Babcia rozumie?

Ja z godziny na godzinę przestałam chodzić na Mszę św., na wspólne spotkania, dni skupienia, konferencje. Zostawiłam moją trzódkę samą. Nagle po prostu mnie zabrakło w instytucie.

Ale Pan Bóg wyprowadził z tego jeszcze większe łaski, o których Babcia nawet nie musi wiedzieć.

Mam taką nadzieję. Mam nadzieje w miłosierdzie Boże. Mam nadzieję, ze Pan Bóg mnie ocali. I mam nadzieję, że Pan Bóg jest ze mną.

Wielkie dzięki, Babciu, za to świadectwo...

Początek strony